Artykuły

Szalona lokomotywa przyjechała

ZAMIAST SCENY JEST ARENA. W żółtym piasku grzęzną nogi aktorów. Ale ci sami aktorzy potrafią wyczyniać prawie akrobatyczne ewolucje pod kopułą namiotu. Teatr w cyrku! - więc zderzenie dwu różnych konwencji. Zabawa i sztuczność, sztuka widowiskowa i ta, nastawiona na wysokie tony. W cyrkowym namiocie, gdzie miejsce na iluzję, clownadę i zarazem autentyczny sprawdzian z nieodłącznym dreszczykiem emocji - cytaty z literatury, wielkie słowa i wszelkie działania teatralne zyskują wymiar zaskakujący.

I inne już jakby przesłanie, efekt mocniejszy.

To spotkanie teatru z cyrkiem - napisał o kierowanym przez Krzysztofa Jasińskiego Teatrze STU włoski krytyk - nie jest przypadkowe, "gdyby nie istniał namiot cyrkowy, teatr musiałby go (i potrafił) wymyślić"... Mowa o widowisku buffo "Pacjenci" na motywach powieści M. Bułhakowa "Mistrz i Małgorzata". W równej mierze odnosi się to i do nowszej premiery - musicalu "Szalona lokomotywa" według tekstów Witkacego, z muzyką M. Grechuty i J. K. Pawluśkiewicza; obydwa widowiska krakowski teatr obwozi właśnie po Polsce.

Obydwa w formie przekazu są na tyle oryginalne i efektowne, żeby porwać publiczność. Bo inne od tego, czym zwykł karmić teatr tradycyjny. Nie mieszczą się w sztampie uznanych i powielanych stylistyk oraz teatralnych norm. Krzysztof Jasiński proponuje nową jakość teatralną (czy może: widowiskową), odwołującą się do wyobraźni, działającą na emocje. I będzie to kontynuacja przyjętej przez Teatr STU formuły teatru, który nie jest opowiadaczem, lecz nazywa nastroje, by przez emocje dochodzić poznania prawdy.

Nie negując teatru oficjalnego, tradycyjnego, Jasiński wraz ze swoją grupą lokował się po prostu zawsze za nim. Nie zakładał również, jak powiada, sutanny awangardzisty, a tworzył teatr eksperymentalny, otwarty. Teatralny underground znalazł od razu akceptację pokoleniową. Teatr STU okrzyknięto świadectwem pokolenia. Był jednym z najlepszych teatrów studenckich, towarem eksportowym, bardziej zresztą znanym za granicą, dzięki dziesiątkom festiwali, aniżeli u nas.

W 1975 roku status teatru się zmienił, w jedenastym roku istnienia Teatr STU przestał być teatrem studenckim i czterdziestą pierwszą premierą, właśnie "Pacjentami", rozpoczął sezon jako teatr zawodowy pod patronatem Zjednoczonych Przedsiębiorstw Rozrywkowych i pod namiotem (ściślej: z dwoma namiotami do dyspozycji).

Etykieta "teatr profesjonalny" dała szansę, mecenat i pewne prawa. Przywileje i obowiązki - czy tylko jednak artystyczne? Zawodostwo znaczy przecież, że teatr musi wypracowywać dochód (otóż i mamy teatr eksperymentalny - dochodowy!), że staje się instytucją, a do tego modelu Teatr STU jakoś nie przystaje. Wiec zaraz za tym dylemat: jak przełamać schematy urzędowe, które są nieodłączne od atrybutów profesjonalizmu, przy zachowaniu swobody artystycznej i prawa eksperymentowania.

Teatr STU z założenia jest teatrem wędrownym, grupą twórczą, nie zespołem etatowych pracowników. Zrodził się z buntu, przeciwko aktorskim stereotypom, jako teatr-wspólnota, gdzie członków łączy więź emocjonalna oraz identyfikacja z tym, co się robi. Jasiński to określił, że "wybrali teatr jako sposób życia". Odrębnością będzie także, że nie są teatrem repertuarowym, literatura stanowi tylko pretekst do wygrania ważnych spraw, grają na motywach, a wypowiedź dokonuje się poprzez spektakl, poprzedzony pracą studyjną i ćwiczeniami warsztatowymi.

A idzie o pytania zasadnicze: gdzie jestem? skąd przychodzę? Mieszczą się one w koncepcji teatru totalnego, który nie boi się patosu i brutalności, i poezji. Tutaj Jasiński ma swoją prywatną magiczną formułę - "trójkąt mój widzę ogromny", bo to właśnie jeszcze w starej siedzibie teatru nakreślił kiedyś trójkąt, którego boki opisał następująco: "uczucie, wola, świadomość". Ten trójkąt jak stempel figuruje na wszystkich fotosach ze spektakli i można go odnaleźć - już w sferze dokonań - w tych spośród czterdziestu kilku zrealizowanych widowisk, które okazały się najbardziej znaczące, które nie pozwoliły na dystans.

Będzie to z pierwszego okresu doświadczeń artystycznych "Pamiętnik wariata" Gogola (1966 rok), warsztat teatralny "Pożądanie schwytane za ogon" P. Picasso (1969 rok), obwołany manifestem młodego pokolenia spektakl "Spadanie" (1970 rok) jeszcze ascetyczny w środkach wyrazu i w rok później bogatszy inscenizacyjnie, obrachunkowy "Sennik Polski": i dalej właśnie obydwa widowiska zrealizowane już w namiocie - "Pacjenci" (1978 r.) i musical "Szalona lokomotywa" (1977 rok).

Obydwa jeszcze bardziej wymyślna o oprawie inscenizacyjnej, rozbujane w wizjach. Wszystkimi środkami - za pomocą muzyki, efektów świetlnych, dźwiękowych, ruchowych i słowa - Jasiński rozbudowuje rzeczywistość sceniczną, tworzy autonomiczny świat teatru (jaki zresztą zawsze zakładał w swojej koncepcji teatru totalnego) tutaj jednak coraz bardziej zbliża się do tego, co robił w widowiskach plenerowych. Wykorzystanie namiotu cyrkowego - cyrku w podtekście - stworzyło oczywiście ogromne możliwości inscenizacyjne. Ale nie tylko. Pomieszczenie akcji w cyrku nie pozostaje przecież obojętne do tego, co się wystawia i o czym się mówi. Więc cyrk i Bułhakow... cyrk i Witkacy...

"Pacjenci" noszą podtytuł widowisko buffo. Ten charakter wyznacza najwyraźniej muzyka, skomponowana z cytatów, na przemian sentymentalna, to rewiowa, to klasyczna. Pod kopułą namiotu wszystkie tony patetyczne nabierają ironicznego cudzysłowu. I dlatego jakże gorzka będzie ta rozprawa o panowaniu zła, wyzwalającej miłości, granicach wolności - bo wszystko dzieje się w cyrku tu i teraz i zaaranżowane zostało w szpitalu wariatów. Pacjenci to po trosze i my wszyscy, w pewnym momencie zaciera się bowiem granica między sądzącymi i sądzonymi, między wypuszczonymi z klatek i sanitariuszami, i wszyscy bierzemy udział w zainscenizowanej psychodramie.

Inne pierwiastki rządzą już "Szaloną lokomotywą". Opowieść o nieudanym artyście Istvanie, o szamotaniu się między sztuką wzniosłą a skrzeczącą rzeczywistością, o trudach tworzenia niedościgłej sonaty Belzebuba - otoczona została oprawą kapiącą od efektów, iście barokową. Lecz znakomitą i porywającą. Widowisko, jak zawsze, zbudowane na kanwie - tym razem kilku sztuk Witkacego. I ten Witkacy doskonale "leży" w konwencji cyrkowej. Klimat Witkacowski najlepiej uchwycili autorzy muzyki, która stanowi ekwiwalent dla chropowatej prozy Witkacego i całej jej groteskowej otoczki. Pokrętny świat Witkacego, ze wszystkimi dziwnościami buduje także scenograf (rozpadająca się maska, dziwne pojazdy, lokomotywa rozwijająca, skrzydła) - już choćby przez to widowisko jest niezwykłe. Na tle normalnej produkcji teatralnej i kopiowanych rewii paryskich stanowi rzecz odkrywczą (ktoś nawet nazwał "Lokomotywę..." wzorem dla polskiego musicalu). Inny to rodzaj teatru, który wciąga, choć publiczność siedzi na twardych ławkach a nie w fotelach.

Aczkolwiek - miłośnicy dawnego Teatru STU będą mieć żal, że coraz mniej się tutaj mówi, a coraz więcej pokazuje, że ekspresja ciała wyparła ekspresję słowa, a efekty zacierają chwilami sens. Czy to nowy etap, czy tylko cena płacona profesjonalizmowi? Cena z udziałem gwiazd piosenki, jak Maryla Rodowicz i Marek Grechuta. Teatr STU ma wszelkie dane, by być teatrem niekonwencjonalnym, by wypełnić lukę w tym, co nazywa się "teatr-święto", "teatr-misterium". Zwłaszcza teraz, gdy został teatrem zawodowym i może przeszczepić swoje dawne studenckie poszukiwania na grunt oficjalny. Pozostaje tylko do rozwiązania, jak zachować tamtą świeżość i autentyczność wobec całego haraczu zawodostwa. Więc jaki będzie następny przystanek dla szalonej lokomotywy ze skrzydłami?

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x