Artykuły

Śpiewany Witkacy

Krakowski Teatr STU to z pewnością jedna z najdziwniejszych placówek teatralnych w kraju. Jego historia (już 12 lat!), artystyczne dzieje, status organizacyjny (od 1975 r. przypisani Zjednoczonemu Przedsiębiorstwu Rozrywkowemu), wreszcie "sala" w cyrkowym namiocie - wszystko to wybiega daleko poza praktyki normalnego życia teatralnego. Podobnie styl jego pracy, atmosfera panująca w jakże zróżnicowanym zespole nic nie mają wspólnego ze zbiurokratyzowanym teatrem dzisiejszej doby; przypominają bardziej twórczą komunę, czy młodzieńczą cyganerię artystyczną. "Z nimi mogłabym boso pójść przez Polskę - i dalej" - powiedziała Maryla Rodowicz na popremierowym spotkaniu (już nie w namiocie, lecz w obszernych "włościach" Teatru: w dawnej siedzibie DRN Zwierzyniec).

Maryla Rodowicz w Teatrze STU? A tak! Nietypowa ta placówka, w ostatnich latach legitymująca się znakomitymi - znanymi już dobrze nie tylko w kraju - spektaklami: "Spadanie", "Sennik polski", "Exodus", spektaklami o nowatorskim kształcie i głębokiej wymowie ideowo-politycznej, realizuje obecnie nietypowe widowisko. Trudno je precyzyjnie określić; połączenie to sztuki teatralnej z estradową, musicalu z pantomimą, cyrku z baletem, popisów technicznych z pirotechnicznymi. A wszystko na kanwie motywów ze scenicznych dzieł Stanisława Ignacego Witkiewicza - słownie z "Sonaty Belzebuba" i "Szalonej lokomotywy", która widowisku udzieliła tytułu. Żeby było jeszcze dziwniej, Witkacy to w znacznej części - śpiewany!

I to jak śpiewany! Nic dziwnego: część wokalną wykonują przede wszystkim asy polskiej piosenki: Maryla Rodowicz i Marek Grechuta. Bo od muzyki, muzyki skomponowanej do tekstów Witkacego właśnie przez Grechutę i Jana Kantego Pawluśkiewicza, rozpoczęła się ta nowa przygoda artystyczna Teatru STU. Poprzez festiwal opolski przed dwoma laty włączyła się z piosenkami Maryla Rodowicz, a ze sztuką aktorską (czy wtedy konkretnie - recytatorską) Jerzy Stuhr. Krzysztof Jasiński zaproponował: - Zróbmy z tego teatr. Z Markiem Grechutą opracował scenariusz z przetworzonymi witkiewiczowskimi bohaterami. Oprawę plastyczną powierzył młodemu (jak widać po efektach: zdolnemu) scenografowi bułgarskiemu Michaiłowi Czernaewowi, pracującemu ostatnio w Polsce pod kierunkiem Józefa Szajny; zaś choreografię Anatolowi Kocyłowskiemu.

"Karkołomne", jak określa inscenizator Jasiński - było to zamierzenie artystyczne (w teatrze bez pracowni technicznych), ogromnego wymagało wysiłku i zaangażowania wszystkich wykonawców wraz z dokooptowanymi do programu artystami z zewnątrz. A owi artyści to - prócz wspomnianych - Zofia Niwińska, imponująca tu nie tylko doskonale utrzymaną w stylu widowiska grą, ale również iście... akrobatycznymi wyczynami oraz Halina Wyrodek i Barbara Kruk-Solecka.

Zespołowa praca przyniosła bardzo ciekawe wyniki. Na pewno każdy dostrzega w tym widowisku co innego, każdy inaczej je rozumie (lub nie rozumie...), inaczej przeżywa. Bo nie ma tu ciągłości fabuły, elementy akcji rwą się raz po raz, by ustąpić miejsca przebogatym i różnorodnym efektom, plastycznym symbolom lub tylko wizualnym niespodziankom. Na arenie (nie scenie!) dzieje się mnóstwo rzeczy. Wszechwładnie króluje muzyka: orkiestra pod batutą Jana Kantego-Pawluśkiewicza. Ale przede wszystkim króluje - nastrój, poezja i - mimo pozorów grozy - wielka zabawa w witkiewiczowskim stylu.

Bawią się nie tylko widzowie, bawią się i wykonawcy. Tu szczególnie świetnym aktorstwem zaskakuje - amatorka przecież w teatrze, Maryla Rodowicz (nie występuje ona w każdym przedstawieniu, dublowana przez Teresę Iwaniszewską). Sceny pani Maryli - Hildy z Jerzym Stuhrem - niegdyś związanym z Teatrem STU, dziś dźwigającym tu z powodzeniem wiodącą rolę Istvana - należą do najlepszych w "Lokomotywie". Jak zwierzyli się obydwoje w czasie popremierowego spotkania z dziennikarzami, występ w Teatrze STU stał się dla nich artystyczną odskocznią, dopełnieniem własnej sztuki, która wykonywana latami w podobnej formie poczyna nużyć i nudzić.

Co chcieli realizatorzy przekazać widzowi poprzez spektakl "Szalonej lokomotywy"? Wobec różnorodności wrażeń, jakie się w nim odbiera, nie sposób dać jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Pragnęli w symbolicznym obrazie dać część prawdy o naszym świecie, o życiu, o nas wszystkich, wplątanych w jego tryby. Prawdę o świecie obsesji, stresów i lęków, ale równocześnie - świecie marzeń, tęsknot i liryzmu. Dziwaczne machiny, wkraczające w życie człowieka cywilizacji XX wieku i roztańczone pianino, pękająca olbrzymia maska i zabawne wehikuły, romantyczne ślubne łoże przekształcające się w biały katafalk i uskrzydlona prychająca ogniem lokomotywa, która zagraża głównemu bohaterowi, ale go nie zabija...

Jest o czym rozmyślać po przedstawieniu umuzycznionego Witkacego w namiocie Krzysztofa Jasińskiego. Więc choć ceny biletów wstępu są w tym teatrze również nietypowe (l00 złotych!), na pewno warto pospieszyć do Bronowic na to niecodzienne widowisko. Ale już na wiosnę!

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x