Artykuły

Parowóz pełen ognia

Czy wypuści na mnie tresowanego lwa? Czy mi się ziemia zapadnie pod nogami? Szedłem tam, gdzie zza ogrodzenia wystawał szpic namiotu cyrkowego. Było porządnie i zwyczajnie. Jak wokół cyrku. Może tylko szklane kule, świecące w trawie zamiast na słupach, odróżniały ten krajobraz od powszednich widoków. Nic się nie zapaliło, nic nie wybuchło. Dziwne; on tak lubi ogień. Pewnie jeszcze sobie poswawoli na przedstawieniu. Czyżby jednak aż tak się ustatkował? Te kwiaty w donicach, te alejki wysypane żużlem, solidne zaplecze w standardowych barakowozach czy też innych przemożnych barakach - to na niego nie wygląda. I nawet wartownia jest przy wejściu.

- Przepustkę pan ma? - zlustrował mnie portier.

Przedtem przepustka była niepotrzebna. Teatr STU z Krakowa przyjeżdżał, dawał przedstawienie w salce klubowej, rozpalał widownię, która potem długo dyskutowała z reżyserem, Krzysztofem Jasińskim. Pamiętam pierwsze spotkanie z tym zespołem, o którym wtedy krążyła legenda, że stworzył swojego rodzaju komunę: kilkunastu młodych ludzi, razem mieli mieszkać, razem uprawiać niezwykły rytuał koncentracji dla wyzwolenia się z wszystkiego, co obce sztuce. Nie była to jednak tylko kontemplacja, bo duży nacisk położony był na sprawność fizyczną aktorów. Oglądałem 10 lat temu w Krakowie "Pożądanie schwytane za ogon" Picassa. Była to właściwie etiuda ruchowa. Słowo, zresztą przez samego autora potraktowane surrealistycznie, było tylko tworem kompozycji rytmicznej. Wszystko działo się w gigantycznym łóżku, które nasuwało skojarzenie ze znanym rekwizytem cyrkowym, zwanym batut, a służącym do wykazania zręczności gimnastycznej.

Potem ciągle jako scena studencka, teatr STU stał się teatrem kontestującym - nie w imię budzenia potrzeby świadomego życia, apelowania do sumień ludzkich, o właściwą hierarchię wartości, a nawet dokonania rozrachunku z przeszłością. Pamiętam, stałem na balkonie klubu studenckiego "Stodoła", a na dole tłum szturmował do sali, gdzie miało się odbyć przedstawienie "Sennika polskiego". Ten półokrąg głów, a za nim zbita masa głów kudłatych. Oto reprezentacja!

I dzisiaj ten teatr jest placówką z etatami, z planem przedstawień, ze sprawozdawczością? Zwykłym przedsiębiorstwem?

Przedsiębiorstwo zatrudnia 70 osób łącznie z administracją, ale w potrzebie może mieć 100 osób, a nawet więcej i, co ważniejsze, nadprogramowi słowem nie wspomną o etacie czy zapłacie. Tak było przy budowie namiotu. Gdy zespół przez 10 lat o statusie amatorskim, przeszedł pod egidę Zjednoczonych Przedsiębiorstw Rozrywkowych, trzeba było zbudować namiot.

To było marzenie. Marzenie dyrektora. Krzysztof Jasiński myślał o wędrowaniu ze sztuką jeszcze w początkowym okresie Teatru STU, gdy w małej salce w Krakowie maglowali "Pożądanie schwytane za ogon" Picassa. Myślał wtedy o scenie na przyczepie ciężarówki, o sali z powłok pneumatycznych, które trzech ludzi może rozłożyć w ciągu godziny. Wspólnymi siłami zrobili nawet projekt takiego teatru. Nawiązali kontakt z kilkoma firmami zagranicznymi. Okazało się, że koszt wymarzonego urządzenia przekracza wszelkie możliwości. W Polsce nikt się nie chciał podjąć zrobienia czegoś takiego. Pozostał namiot cyrkowy. Bo namiot cyrkowy to też wędrowanie.

Właśnie w namiocie, ustawionym w Krakowie na Bronowicach, grają.

W cyrku, idzie musical "Szalona lokomotywa" według Witkiewicza z muzyką Marka Grechuty i Jana Kanta Pawluśkiewicza.

[fragm. nieczytelny]

Zofia Niwińska (obchodzi jubileusz 50-lecia pracy aktorskiej): "Do końca życia można liczyć na niespodziankę, jeśli jest Teatr STU".

Jerzy Stuhr: "Trzeba bez przerwy wymykać się wam, recenzentom, i wam, widzom. Trzeba zachowywać tajemnicę. Tutaj jest to możliwe".

Inni mówią to samo.

Gdy stawiali ten namiot, to wszystkich jakby opanowało szaleństwo. Dostali pusty plac budowlany, zryty wykopami i zaśmiecony. Był październik. Wiedzieli, że jeśli tego nie zrobią teraz, to sprawa przedłuży się o rok. Byli zespołem aktorów, przed którymi stale wydłużała się perspektywa czekania na własny budynek teatralny. Za granicą grywali w świetnych salach, na występach gościnnych w kraju też. Chętnych mnóstwo, bywało, że nawet na stadionach dla 50-100 tysięcy widzów, przedstawienia przechodziły przy kompletach. W sztuce potrzebne jest misjonarstwo. Przynajmniej trochę. Tak to zawsze oceniałem, przyglądając się Jasińskiemu. Coś z eremity i coś z watażki. Ale grać umiał. I umiał widzieć scenę, aktorów i sprawę, której poświęcał swoje przedstawienia.

W widowiskach pod Wawelem z udziałem tysięcy statystów i przy udziale setek tysięcy widzów mordował smoka, topił Wandę i urządzał takie fajerwerki, że łunę było widać w promieniu wielu kilometrów.

Na odsłonięciu pomnika Lenina w Nowej Hucie dyrygował pułkiem wojska. Każdy z żołnierzy miał do zagrania rolę, ważną w dramaturgii całego widowiska.

Na uroczystości z okazji wyzwolenia Oświęcimia miał do dyspozycji moc trzech okręgów energetycznych i sprzęt eletroakustyczny i oświetleniowy z całej Polski. Widowiska nocnego nie zapomną ci, którzy je widzieli. Światłem i dźwiękiem ożywił przeszłość.

Teraz, w "Szalonej lokomotywie" według Witkacego, na Arenie położył tory kolejowe. Wjeżdża na nie monstrualne łóżko, dziwaczna drezyna i groteskowa lokomotywa, zionąca ogniem z wszystkich rur. Tu cię mam, piromanie! Wokół areny szaleją przedziwne wehikuły rowerowe. Grzmi muzyka, śpiewają Marek Grechuta i Maryla Rodowicz, a wśród wykonawców - majestatyczna aktorka Teatru Starego - Zofia Niwińska. Cyrk? Nie. Operetka? Nie. Estrada? Kabaret? Dramat muzyczny o szaleństwie współczesnym?

Ten namiot jest stałą siedzibą Teatru STU. Stałą - to znaczy od kwietnia do października. Drugi namiot służy do wędrowania ustaloną drogą.

Bo drogę już wytyczyli ci, którzy w Teatrze są od lat, którzy tworzyli ten Krąg Pierwszy: Franciszek Muła, Włodzimierz Jasiński, Bolesław Greczyński, Olga Titkow i kierownictwo artystyczne Edward Chudziński, Krzysztof Szwajgier, Zbigniew Frączak. Jest to droga do współczesnej rzeczywistości. Obrali ją dwanaście lat temu ludzie bardzo młodzi. Dzisiaj są to ludzie ciągle jeszcze młodzi. Krzysztof Jasiński ma 35 lat.

Jako placówka państwowa Teatr STU jest jedyną tego rodzaju instytucją, która na siebie zarabia. Dotacja wynosi 2,5 mln złotych rocznie, ale to nie wystarcza nawet na pensje dla pracowników. Poza tym za wszystko trzeba płacić: za dzierżawę terenu, za orkiestrę, za namiot (600 tysięcy zł rocznie). Budżet zamyka się sumą 10 mln złotych rocznie. Trzeba więc zarobić 7,5 mln zł. Średni teatr w Polsce zarabia 2 mln zł rocznie, dając kilkaset przedstawień. Oni dają tylko 150 przedstawień. Ale i tak bilety są wyprzedane do ostatniego dnia.

Co sprawia, że ma taką popularność?

Teatr STU wyrósł z młodzieńczego buntu. "Spadanie" czy "Sennik polski" to sztuki, o których było głośno i które wyrobiły STU opinię teatru kontestującego. Przyszedł jednak czas, gdy bunt trzeba było zamienić na wartość. Jak do tego dąży? Stara się być teatrem ludowym. Stąd to pomieszanie stylów i gatunków: piosenkarze na arenie - z orkiestrą opartą na elektronice - w dramacie, ale ujętym w konwencję musicalową. Bo teatr ludowy w roku 1977 nie może być teatrem prymitywnym, odwołuje się bowiem do wrażliwości widowni wyrobionej i wrażliwej, chociaż masowej. Rówieśnicy aktorów Teatru STU to znaczna część mieszkańców Polski. Jasiński chce grać dla nich. Chce przedstawić skomplikowaną rzeczywistość. Dlatego w jego konwencji scenicznej jest trochę z teatru, trochę z estrady, trochę z kabaretu, trochę z cyrku. Wszystko jednak obraca się wokół człowieka. W "Szalonej lokomotywie " bohater jest na marginesie życia. Jest człowiekiem, którego "myśl w własne wątpia wypuściła szpony". I kiedy ziejąca ogniem, uskrzydlona lokomotywa ma go zmiażdżyć - staje się tak, że zatrzymuje się o krok.

[źródło nieznane]

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x