Artykuły

Mam co robić

- Od wieków komedianci zaprzęgali konie do wozu i jechali w świat. Istotą teatru jest spotykanie się z wieloma ludźmi, a nie z jedną grupą w danym środowisku - mówi ANNA SENIUK, która gościnnie gra Fiokłę w "Ożenku" w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze.

Z aktorką Anną Seniuk [na zdjęciu] rozmawia Piotr Krażewski.

Podczas VII Polkowickich Dni Teatru w "Ożenku" Gogola zagrała pani swatkę. Co takiego jest w sztukach napisanych przez twórców z XIX wieku, że widzowie cały czas na nie żywo reagują?

- To jest cecha geniuszy. Wystarczy zwrócić uwagę na Szekspira, a przekonamy się, że jego sztuki wciąż są na czasie. Nie ma znaczenia, czy utwór ma sto, dwieście czy trzysta lat. Ważna jest ręka, która go napisała. Bardzo lubię klasyczną literaturę rosyjską. Czechow i Gogol dla mnie się nie starzeją. Literatura Europy Wschodniej daje bardzo duże możliwości. Głęboko sięga do ludzkiej psychiki. W "Ożenku" Gogol zastosował ciekawy środek. Przez śmiech pokazuje nam ludzkie słabości. Śmiejemy się tak jak na "Rewizorze", ale kiedy wychodzimy z teatru, mamy o czym pomyśleć.

Wiele lat temu grała pani inną postać w "Ożenku". Swatką była wówczas Irena Kwiatkowska...

- Objęcie roli, którą kiedyś zagrała Irena Kwiatkowska, to olbrzymia satysfakcja.

Na scenie nawet w "Ożenku" kreuje pani energiczne postacie. Czy w domu jest tak samo?

- Jestem osobą spokojną, cichą i łagodną. Oczywiście do czasu (śmiech). Bywa że wybucham i wtedy... tak jak każdy, muszę odreagować. Mój temperament jest temperamentem scenicznym. Ludzi to dziwi, ale tak jest. Często jeżdżę pociągami i autobusami. Ludzie, którzy mnie rozpoznają, zatroskani pytają, czy się dobrze czuję. Albo stwierdzają, że na pewno jestem chora. A ja po prostu lubię być niezauważona. Zainteresowanie ludzi trochę mnie krępuje.

Na scenie tego skrępowania wcale nie widać, wręcz przeciwnie.

- Zawód aktora to profesja, w której nagradzane są umiejętności. Aktor powinien grać na scenie, a w domu być sobą. Jeżeli jest inaczej, może to przeszkadzać. Początkujący aktorzy często popełniają ten błąd - grają siebie. Nie potrafią uruchomić w sobie cech innego człowieka.

Która rola była najtrudniejsza pod względem aktorskiego warsztatu?

- Było ich mnóstwo. Tak jest z wieloma rolami. Wydaje się, że są nie do zagrania, ale jak się nie spróbuje, to nie będzie wiadomo. Tak samo było ze swatką w "Ożenku".

Pracowała pani z wieloma znanymi reżyserami, m.in. Wojciechem Hasem, Andrzejem Wajdą. Czy któryś z nich jest pani wzorem, autorytetem?

- Nie prowadzę rankingu najlepszy, najgorszy, najsympatyczniejszy. Od każdego nauczyłam się czegoś innego. Miałam szczęście, że mogłam z nimi pracować.

Dla większości najbardziej kojarzy się pani z rolą Madzi w "Czterdziestolatku". Jak trafiła pani na plan filmu?

- To był przypadek. Wtedy nie był castingów, lecz próbne zdjęcia. Było wiele koleżanek. Gruza wybrał mnie. To był pierwszy z nim kontakt. Chciałam zagrać. Jednak byłam wtedy w Teatrze Ateneum i niestety, dyrektor nie zwolnił mnie do serialu. Pożegnałam się więc z Gruzą i ekipą. Powiedziałam: "Przykro mi, może innym razem". Reżyser dalej szukał Madzi. Okazało się jednak, że produkcję filmu przesunięto o kilka miesięcy, nie pamiętam już z jakich powodów. Wtedy ponownie zwrócono się do mnie z propozycją obsadzenia roli. Ponieważ nie było już przeszkód w teatrze, zaczęłam grać żonę inżyniera Karwowskiego. Cieszę się, że ją zagrałam. Do dziś mam sentyment do tego serialu. Z góry przepraszam, jeżeli ktoś już nie może oglądać kolejnych powtórek, ale niestety nie mam na to wpływu.

Ten film pokazuje inną Polskę, czasy, które odchodzą wraz z tamtym pokoleniem. Jak by pani określiła dziś tę produkcję?

- Serial z upływem lat staje się jak dobre wino. Moim zdaniem nabiera teraz cech filmu dokumentalnego. Jest obrazem minionej epoki. Myśmy już zapomnieli, jak to było, jak się sprawy załatwiało, że mówiło się "wyście" czy "towarzyszu inżynierze". A to jest autentyczny język z tamtych czasów, ujęty w doskonałych dialogach. Moim zdaniem ten film jest teraz paradokumentem epoki Gierka.

Czy po tylu latach od pierwszej emisji serialu udało się pani wyzwolić od postaci Madzi?

- Raczej nie. Bywa że ludzie zwracają się do mnie Madzia Seniuk. To jest jednak oczywiste, jeżeli występuje się tyle razy w tej roli poprzez telewizyjne powtórki. Ja się jednak nie gniewam. To miłe, że ludzie mnie rozpoznają i ciepło przyjmują jako Madzię. Najwyraźniej pozytywnie kojarzą odegraną rolę.

Czasy towarzyszy i wieloletnich planów związane były z zabawnymi sytuacjami. Czy nie zdarzyło się, że w trakcie kręcenia filmu aktorzy byli wzywani na tzw. dywanik?

- Pamiętam jedno takie zdarzenie. Pojechaliśmy na spotkanie ze związkami zawodowymi budowlańców i tam zdrowo oberwaliśmy. Zarzucono nam, że wyśmiewamy się z ludu pracującego, a przecież klasa robotnicza świetnie pracuje. Pamiętam, że głównie tłumaczyli się scenarzyści i jak na tamte czasy to wcale nie były żarty.

"Czterdziestolatek" jest bodaj jedynym serialem, w którym pani zagrała. Czy będzie jeszcze inne wcielenie?

- Otrzymuję różne propozycje z różnych seriali. Na razie jednak ich nie przyjmuję. Jeszcze poczekam. A może wcale nie będę już grała w serialu? Teraz mam co robić. Myślę, że jeden serial z moim udziałem na razie wystarczy. Leci już ponad 30 lat!

Od pewnego czasu z aktorki przemienia się pani w reżysera...

- Mam na koncie trzy spektakle teatralne w Akademii Teatralnej. Ostatnio wyreżyserowałam "Księżniczkę na opak wywróconą", J.M. Rymkiewicza według Calderona. Za ten spektakl dostaliśmy dwie główne nagrody na międzynarodowym festiwalu w Bratysławie. W radiu przygotowałam trzy duże koncerty dla śpiewających aktorów, chór i orkiestrę symfoniczną: "Balladynę" według J. Słowackiego, "Nie-Boską Symfonię" według Z. Krasickiego i "Pchłę Szachrajkę" według J. Brzechwy. Wszystko z muzyką Macieja Małeckiego.

Najbliższe plany?

- Udział w spektaklu "Kosmos" według Gombrowicza w reżyserii Jerzego Jarockiego.

W Polkowicach była pani po raz drugi. Jest coś w tym mieście, co może zainteresować?

- Nie było zbyt dużo czasu, aby dokładnie je poznać. Jest jednak w Polkowicach coś interesującego, niezwykłego i imponującego. Z tym nie spotkałam się w innych miastach. Tutaj trafiłam na nadzwyczajną chęć stworzenia czegoś dla siebie przez ludzi. To nie polega na tym, że pojawi się szaleniec, który chce na siłę zorganizować w Polkowicach życie kulturalne. Bez publiczności i bez ludzi nie udałoby się tego zrobić. Dni teatru w Polkowicach zostały zweryfikowane przez publiczność. Odbywają się przecież po raz siódmy. Gdyby nie było widowni, nie byłoby teatru. Festiwal umarłby śmiercią naturalną. Ludzie, którzy tu mieszkają, są spragnieni teatru, bo nie mają go na co dzień. To widać i czuć, kiedy się gra na scenie. Niekłamane szczere brawa, które przerywały spektakl, są tego najlepszym dowodem, a dla aktora największą nagrodą.

Czy atmosfera w ośrodkach teatralnych, jak w Krakowie, Warszawie Wrocławiu jest inna niż w małym miasteczku?

- Tu jest bardziej gorąca atmosfera. Trudy podróży nagradza nam publiczność. Zresztą wyjazdy są przypisane do zawodu aktora. Od wieków komedianci zaprzęgali konie do wozu i jechali w świat. Istotą teatru jest spotykanie się z wieloma ludźmi, a nie z jedną grupą w danym środowisku.

Dziękuję za rozmowę.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x